Słuchając drogi
Słuchając drogi
Pozytywna dyscyplina – droga środka
Dyscyplina kojarzy nam się z przymusem, rygorem lub wykonywaniem czegoś nieprzyjemnego. Tymczasem dyscyplina może nam pomagać się rozwijać, mobilizować do działania i osiągać cele.
W pozytywnej dyscyplinie koncentrujemy się na zasobach i mocnych stronach. Jest metodą środka względem nadmiernej kontroli oraz pozwalaniu na wszystko. Opiera się na budowaniu relacji i szukaniu tego, co jest dobre dla nas i dla dziecka. Co więcej, w pozytywnej dyscyplinie kluczowy okazuje się szacunek: dla siebie, dla dziecka i dla sytuacji. Jednak wymaga to od nas pewnej dojrzałości i pracy nad własną świadomością.
Zapraszam na rozmowę z Magdaleną Wasilewską, psycholożką i trenerką pozytywnej dyscypliny, która pomaga wyruszyć rodzicom i opiekunom drogą środka.
Przyjrzyjmy się pozytywnej dyscyplinie w relacji rodzica z dzieckiem. Zastanowimy się nad autentycznością i możliwością popełniania błędów. Porozmawiamy o tym, że nie zawsze warto narzucać swoje rozwiązanie. O tym, że uprzejmość i stanowczość mogą iść w parze.
Spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, jak dbać o pozytywną dyscyplinę w wychowaniu? O jakie 5 najważniejszych elementów należy zadbać? I jakie wyzwania możemy napotkać przy wdrażaniu pozytywnej dyscypliny?
Ludzie zachowują się lepiej, kiedy czują się lepiej- mówi Magdalena Wasilewska.
Dołącz do grupy ludzi ciekawych świata i drugiego człowieka – https://www.facebook.com/groups/sluchajacdrogi
Jeżeli macie uwagi, pytania albo pomysły na kolejne audycje to zapraszam do kontaktu: mnowak@centrumjp2.pl
Dla osób nie słyszących zapis rozmowy można znaleźć (w zakładce TRANSCRIPT) pod linkiem: https://www.buzzsprout.com/1189352/episodes/18505902
Poniżej lista książek polecanych przez moją rozmówczynię;
- "Pozytywna Dyscyplina" Jane Nelsen
- "Pozytywna Dyscyplina w paraktyce" J. Nelsen, M. Nelsen Tamborski i B. Ainge
- "Jak przestać walczyć z dzieckiem" Jane Nelsen
- "Pozytywna Dyscyplina dla przedszkolaków" Jane Nelsen
- A dla Nauczycieli: "Pozytywna Dyscyplina w klasie" Jane Nelsen
Magdalena Wasilewska o sobie:
Jestem absolwentką Wydziału Filozofii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, na którym uzyskałam tytuł magistra Psychologii. Ukończyłam studia podyplomowe z Pedagogiki Przedszkolnej, Przygotowania Pedagogicznego, Zarządzania i Marketingu w Oświacie, Doradcy Rodzinnego oraz Studia Podyplomowe Liderów Oświaty. Jestem certyfikowaną edukatorką Pozytywnej Dyscypliny dla nauczycieli oraz rodziców, co pozwala mi rozwijać moją pasję i wspierać rodziców w budowaniu relacji z ich dziećmi. Sama również jestem zorientowana na proces i wartościowe relacje. Posiadam wieloletnie doświadczenie w pracy w przedszkolu, byłam liderką wielu zespołów zadaniowych, a oprócz tego opracowuję programy własne dla dzieci w wieku przedszkolnym. Obecnie jestem dyrektorką jednego z warszawskich przedszkoli publicznych. W fundacji prowadzę szkolenia i warsztaty z Pozytywnej Dyscypliny dla nauczycieli i rodziców oraz konsultacje rodzicielskie i psychologiczne.
MN: Na ścieżkach swojego życia szukamy różnych rzeczy. Szukamy tego, co piękne, dobre, co ma sens. W tym naszym poszukiwaniu mamy też momenty, kiedy wszystko się sypie, a nam brakuje siły do zrobienia kolejnego kroku. I to też jest prawda drogi. Bywamy turystami, podróżnikami, włóczęgami, pielgrzymami. Jesteśmy różni, ale łączy nas to, że jesteśmy w drodze. „Słuchając drogi” to audycja dla wszystkich, którzy są ciekawi drugiego człowieka, świata i idei, które mogą pomóc nam żyć z sensem. Nazywam się Marcin Nowak i zapraszam was serdecznie, abyście wyruszyli ze mną na spotkanie. Zapraszam do „Słuchając drogi”, podcastów Centrum Myśli Jana Pawła II. Moja dzisiejsza rozmówczyni pomaga rodzicom i opiekunom wyruszyć drogą środka. Zapraszam do rozmowy z panią Magdaleną Wasilewską, psycholożką i trenerką pozytywnej dyscypliny. Zapraszam serdecznie.
Pani Magdo, spotkaliśmy się dzisiaj, aby porozmawiać ze sobą o pozytywnej dyscyplinie. A właściwie, żebym skorzystał z pani wiedzy i doświadczenia w tym obszarze. I tak przygotowując się do tej naszej rozmowy pomyślałem sobie, czy to nie jest oksymoron? Co kryje się za tym pojęciem „pozytywna dyscyplina”?
MW: To jest coś, co chyba u wielu ludzi sprawia, że zatrzymują się, jak usłyszą czy przeczytają. Bo dyscyplina bardzo nam się negatywnie kojarzy. Kojarzy nam się z rygorem, kojarzy nam się z jakimś przymusem, kojarzy nam się bardzo często ze zmuszaniem nas do czegoś albo z wykonywaniem czegoś nieprzyjemnego. Jak mówimy o tym, że dzieci potrzebują dyscypliny, to w takim bardzo tradycyjnym, zaprzeszłym, bym powiedziała, znaczeniu, rozumiemy, że dzieci potrzebują twardej ręki. A dyscyplina tak naprawdę, jak pomyślimy o tym w innym kontekście, że dyscyplina jest czymś, co pozwala nam osiągać cele, co pozwala nam zmobilizować się do działania, co pozwala nam tak naprawdę na rozwój. Bo jak mówimy „dyscyplina”, myślimy o czymś negatywnym. Ale jak mówimy „samodyscyplina”, to już myślimy o czymś pozytywnym, że jesteśmy w stanie pracować na to, co chcemy osiągnąć, że jesteśmy w stanie się zmobilizować, mamy motywację, mamy chęć i szukamy narzędzi i rozwiązań, żeby osiągnąć swój cel. I w tym kontekście mówimy o dyscyplinie i po to jest pozytywna dyscyplina, żeby trochę odczarować to negatywne znaczenie tego słowa. Chociaż dyscyplina wcale nie ma w swoich korzeniach negatywnego znaczenia. Tak po prostu gdzieś, w którymś momencie nam się utarło. Pozytywna dlatego, że… nastawiamy się na to, co jest w człowieku dobre, na to, co jest w człowieku mocne. Nie buduje się na brakach, buduje się tylko na mocnych stronach, na zasobach. I żeby człowiek osiągnął cokolwiek, to musimy się skupić na jego pozytywnych i mocnych stronach, a nie ciągle się skupiać na tym, co nam gdzieś nie działa, co jest tą słabszą stroną. Oczywiście o te słabsze strony trzeba dbać, ale mam takie poczucie, że w tym jest problem na przykład w naszym systemie edukacyjnym. Za bardzo skupiamy się na tym, czego dzieci nie potrafią, zamiast skupiać się na tym, co jest ich siłą, co jest ich mocą, co jest ich zainteresowaniem, ich talentem i od tej strony z dziećmi pracować. I stąd ta pozytywna, żeby budować na tym, co nas wzmacnia.
MN: Myślę sobie, że to jest niezwykle ciekawe podejście, takie wbrew naszym wyobrażeniom. Ja się jeszcze zastanawiam, bo też sobie zanotowałem, że dyscyplina pozwala nam na rozwój i sobie też pomyślałem o tym, że właściwie całkowicie się z tym zgadzam. No bo jeżeli myślimy o dyscyplinie w kontekście, nie wiem, jakichś sportów, rozwoju, trenowania, czegoś, co jest zgodne z naszą pasją, no to ta dyscyplina jest czymś niezbędnym właściwie. Zastanawiam się, jakie są korzenie tego negatywnego wyobrażenia na temat dyscypliny. Czy to jest tylko kultura, czy to ma wpływ nasze wychowanie, którym nasiąknęliśmy i przenosimy teraz w nasze relacje z naszymi podopiecznymi, z naszymi dziećmi?
MW: Myślę, że wszystko to, o czym pan powiedział. Z reguły jest tak, że bardzo często większość z nas chce dla swoich dzieci inaczej, chce dla swoich dzieci lepiej. Jako dzieci mamy swoje doświadczenia i wiemy, co nam się nie bardzo podobało w naszym dzieciństwie. I jak bardzo kochamy swoich rodziców, wiemy, że chcieli jak najlepiej, to widzimy, gdzie na przykład no zupełnie ta ich funkcja wychowawcza czy sposób, w jaki z nami postępowali zupełnie nie dawał żadnych rezultatów. Albo sprawiał, że jako dziecko czuliśmy się niesprawiedliwie potraktowani, pokrzywdzeni. No więc chcemy dla swoich dzieci inaczej. I problem cały polega na tym, że nie bardzo wiemy. Znaczy wiemy, co chcemy, ale nie bardzo wiemy, jak to zrobić. No bo mamy takie, a nie inne doświadczenia, takie, a nie inne korzenie, takie, a nie inne poglądy. Funkcjonujemy też w jakiejś społeczności i mamy różne role, różne zajęcia i chcemy inaczej, a trochę bardzo często rodzice działają po omacku. Nikt nas nie uczy rodzicielstwa oprócz tego, co wynieśliśmy z domu. To jest też i kultura, myślę, że zachodnia kultura przez ostatnich kilkadziesiąt lat bardzo mocno poszła w taki trend neutralności emocjonalnej, albo wręcz takiej hiperpozytywności, że albo jesteś pozytywny, albo jesteś toksyczny. Albo jesteś neutralny i nie narzucasz się z tym, co ci jest, jak się czujesz, albo się od ciebie odsuniemy, bo psujesz nam atmosferę. I to wszystko sprawia, że ludzie są trochę zagubieni. Do tego dochodzi to, że jesteśmy przebodźcowani. Do tego dochodzi to, jak się szybko rozwija globalizacja świata, internet, media społecznościowe i myślę, że rodzice w dzisiejszych czasach, obserwuję to, no bo pracuję od wielu lat z dziećmi i z rodzicami, są bardzo zagubieni. Z jednej strony są coraz bardziej świadomi pewnych rzeczy, a z drugiej strony ta świadomość wcale im nie daje narzędzi. Oni wiedzą, co by chcieli, ale nie zawsze wiedzą, jak. No i to się odbija na naszych dzieciach. Więc to wszystko gdzieś tam się na siebie nakłada. Oczywiście tradycja taka, z której wyrośliśmy, też ma tutaj wiele.
MN: Myślę sobie, słuchając pani, pani Magdo, że to jest niezwykłe. Jeszcze za chwilkę będziemy rozmawiać o istocie pozytywnej dyscypliny, o elementach, z których się składa. Tak, żebyśmy mogli naszym słuchaczom i słuchaczkom bardziej jeszcze to przybliżyć. Ale już teraz mam taką intuicję i zastanawiam się, co pani na ten temat myśli, że ta pozytywna dyscyplina wymaga pewnej dojrzałości i też pewnej takiej, zatrzymania, żeby najpierw jakby uświadomić sobie swoje mechanizmy, schematy działania związane z wychowaniem, a po drugie, żeby skoncentrować się na potrzebach dziecka, żeby na tych pozytywnych rzeczach, na tych mocnych, które w nim dostrzegamy, to wydaje mi się, że tak sobie myślę, że czas jest niezwykle istotnym tutaj elementem.
MW: Tak, zgadzam się, tylko że ten czas, trochę trzeba do niego inaczej podejść. Bo tak jak czas cały czas płynie, tak my się też zmieniamy, a już bardzo dynamicznie rozwija się i zmienia się dziecko. Więc bardzo często jest tak, że jak nam się wydaje, że już coś sobie wypracowaliśmy, to sytuacja się zmienia, nasze dziecko wskakuje na inny poziom rozwojowy. My spotykamy się z innymi sytuacjami też poza domem, ale i w domu, i jakby tak jak pan powiedział na początku, to jest cały czas praca nad własną świadomością, ale to, o czym mówi pozytywna dyscyplina, to o świadomości celu długofalowego. Co my chcemy osiągnąć jako rodzice? Czy ja chcę, żeby moje dziecko było posłuszne, grzeczne, bezproblemowe, karne i tak dalej? Czy ja chcę, żeby moje dziecko było samodzielne, żeby rozwinęło kompetencje życiowe, żeby za 5, 10, 15, 20 lat było człowiekiem, który potrafi szukać rozwiązań, który nie załamuje rąk nad byle małym problemem, tylko postrzega życie jako sytuacje, do których trzeba znaleźć rozwiązanie. I postrzega siebie jako osobę, która ma do tego narzędzia i jest sprawcza, decyzyjna, a oprócz tego ma świadomość, że nie jest jedyną osobą, która musi sobie zawsze sama poradzić. Pozytywna dyscyplina jest takim bardzo dużym kontekstem rodzinnym i rzeczywiście świadomość tego, co ja chcę i co ja mogę jest kluczową kwestią, ale to tak chyba jak we wszystkim. Im bardziej jesteśmy świadomi, tym lepiej, a najcięższa praca, jaką wykonujemy, jest zawsze pracą nad sobą, tak. I żeby cokolwiek się udało to trzeba, po pierwsze, rzeczywiście zaopiekować się sobą, swoimi emocjami, a po drugie zbudować relacje. I o tym też mówi pozytywna dyscyplina. Najpierw zbuduj relacje, a potem naprawiaj sytuację. Dzieci się nie uczą od ludzi, których nie lubią. Dzieci się nie uczą w sytuacjach stresowych. Dzieci się nie uczą w sytuacjach lękowych. Raczej się wycofują, ten rozwój jest wtedy gdzieś tam zawieszony albo zaburzony. Więc jeżeli się skupimy na relacji z dzieckiem, równocześnie też na granicach, bo dzieci potrzebują granic, granice dają nam poczucie bezpieczeństwa. To wtedy bardziej świadomie będziemy też podchodzić do tego, że jestem tylko człowiekiem. I czy jako rodzic, czy jako osoba w jakiejkolwiek innej roli życiowej, mam prawo popełnić błąd. To nie jest koniec świata.
MN: Myślę sobie, słuchając tego wątku, zanim przejdziemy, bo tutaj mi się otwierają coraz więcej jakby takich skryptów i bardzo dziękuję pani za to naszkicowanie. Zastanawiam się, czy w pozytywnej dyscyplinie rodzic ma ten komfort albo coś, co musi się pewnie nauczyć, że nie jest tylko i wyłącznie w roli czy w powinności, ale jest autentyczny, czy stara się być autentyczny w dobrym tego słowa znaczeniu w relacji ze swoim dzieckiem. Czy ta autentyczność jest tutaj jakoś ważna? Czy to jakoś mnie intuicja gdzieś zaprowadziła nie w ten rejon?
MW: W bardzo dobry rejon pana zaprowadziła intuicja, dlatego że dzieci może mają mniejszy zasób pojęć. Może niekoniecznie rozumieją, co się dzieje wokół nich zawsze, ale mają niesamowicie rozwiniętą intuicję. I widzą sztuczność. Jeżeli rodzic czegoś ode mnie wymaga, czegoś mi próbuje nauczyć, mówi mi, że to jest ważne, a sam nie jest tym wzorem, nie ma tego w sobie, to to nie pójdzie tak, jak byśmy chcieli. Gdzieś kiedyś usłyszałam, nie pamiętam, od kogo, na jakimś szkoleniu i bardzo to ze mną zostało: nie zapalisz ognia, który w tobie nie płonie. I to jest właśnie ta autentyczność. Pozytywna dyscyplina o tym mówi, że bądź z dzieckiem jak z drugim człowiekiem. Bo mamy prawo popełnić błąd. To, co bardzo często rodzicom ciężko przychodzi, powiedzieć dziecku „przepraszam”. Jak ja mogę oczekiwać od małego człowieka, młodego człowieka, że nauczy się tego, co to znaczy w ogóle przepraszam, jeżeli sam go nie będę używać. Jeżeli nie będę go traktować w tej kwestii na równi. Więc to jest właśnie ta autentyczność i możliwość popełnienia błędów, że błąd nie jest czymś, co nas przekreśla. Błąd jest czymś, co okej, dobra, teraz nauczmy się, co z tym możemy zrobić, co zrobić, żeby tak nie było następnym razem, jakie mamy narzędzia, żeby to naprawić, czy nie dopuścić do sytuacji kolejny raz. Ta autentyczność jest kluczowa w ogóle chyba w relacjach rodzinnych. A jeżeli mówimy o dziecku, no to jeżeli ja nie jestem autentyczna, to też podświadomie przekazuję dziecku sygnał, że bycie sobą, bycie prawdziwym sobą jest czymś, co tak naprawdę należy ukrywać. A przecież chodzi o to, żeby dziecko miało możliwość wyrażania siebie, żeby odnalazło siebie. Przyjdzie taki moment w wieku nastu lat, gdzie będzie siebie intensywnie poszukiwało i im większą będzie miało świadomość zbudowaną przez pierwsze lata, że bycie sobą jest okej. Taki, jaki jestem jest okej, co nie znaczy, że nie muszę pracować nad pewnymi rzeczami. Jest dla dziecka bardzo dużym darem, zwłaszcza na te ciężkie okresy w życiu. Na okres dorastania, na okres wchodzenia w dorosłość, na okresy konfliktowe, na sytuacje trudne, żeby czuło tę swoją wartość i wiedziało, że to jest coś, co jest zawsze jego zasobem i tylko do niego należy. I to jest coś, co go buduje i go wzmacnia. Tak że rodzic albo jest autentyczny, świadomy, autentyczny i taki po prostu naturalny, albo ta relacja gdzieś będzie ciągle podszyta taką nienaturalnością, sztucznością, a to raczej nie służy dzieciom. Zresztą myślę, że rodzicom też nie służy.
MN: No tak, bo to jest dosyć zasysające energię, prawda, i też takie usztywniające, bym powiedział, a nie otwierające na taką elastyczność pewną, o której pani wspomniała. Chciałbym teraz panią poprosić, żebyśmy troszeczkę zarysowali bliżej, bo już o tym mówimy od jakiegoś czasu, ja próbuję, ale za każdym razem są coraz ciekawsze wątki się pojawiają i od tego odchodzimy. Poznaliśmy mniej więcej zarys pozytywnej dyscypliny, jej parę jakby takich istotnych elementów, ale teraz chciałbym prosić panią o zarysowanie nam troszeczkę dokładniej istoty tego podejścia, elementów, z których się składa, tak żebyśmy mogli sobie na tej mapie oprócz szkiców dorysować też już kontury, jakieś bardziej wyraźne pojęcia pozytywnej dyscypliny.
MW: Kluczowym podejściem pozytywnej dyscypliny jest szacunek. To się wszystko opiera na szacunku. Nazywamy to 3S, ponieważ ten szacunek dotyczy takich trzech bardzo ważnych obszarów. Po pierwsze, szacunek dla siebie. Szacunek dla siebie jest na pierwszym miejscu, bo jak nie szanujemy siebie, to ani nie szanujemy innych, ani też nie pozwalamy na to, żeby inni szanowali nas. Po drugie, szacunek dla dziecka, w ogóle szacunek dla drugiej osoby. I po trzecie szacunek dla sytuacji, ponieważ sytuacja i kontekst, w jakiej się znajdujemy zmienia w ogóle pewien sposób spojrzenia i być może formę działania. Inaczej ja będę mogła podejść do dziecka, jak jestem z nim w domu, a inaczej, jak będę w sklepie. I sytuacja, w której się znajdujemy zmienia nam to, w jaki sposób będziemy funkcjonować i jak będziemy podchodzić do problemów. Inaczej zareaguję na problem z dzieckiem, które jest najedzone, zdrowe, uśmiechnięte i ma dobry humor, a inaczej z dzieckiem, które jest chore czy właśnie spotkało go coś przykrego. I to jest ten kontekst sytuacyjny. Więc szacunek jest kluczowy. Oprócz tego jest to budowanie tych relacji, żeby oprzeć wychowanie, oprzeć w ogóle funkcjonowanie w rodzinie, na budowaniu relacji. Z jakiegoś powodu wymyśliliśmy sobie, że żeby ktoś zachowywał się lepiej, musi najpierw się poczuć gorzej. I do tego służy nam kara. A pozytywna dyscyplina mówi o tym, i to jest też jedna z kluczowych rzeczy, ludzie zachowują się lepiej, kiedy czują się lepiej. Druga kwestia to jest w ogóle zrozumienie, jak działają emocje, jak działa mózg, jak to wszystko i nas, i dzieci na co dzień kieruje, jak na nas wpływa w każdej sekundzie naszego życia, której sobie nawet nie uświadamiamy, bo jesteśmy przyzwyczajeni do tego. Ale dzieci dopiero się tego uczą. No i przede wszystkim każdy z nas ma ogromną potrzebę poczucia przynależności. My chcemy czuć, że gdzieś przynależymy, że do kogoś przynależymy. Bardzo często zachowania dzieci, szczególnie te niewłaściwe zachowania dzieci, opierają się na tak zwanych błędnych strategiach dotyczących błędnego przekonania o przynależności. Bardzo często dziecku się wydaje, że żeby zaistnieć, musi cały czas zwracać na siebie uwagę na przykład. Gdzieś tam rozpoznawanie sobie tych błędnych strategii, które dzieci obierają, sprawia, że zaczynamy rozumieć emocje i potrzeby, które za tym stoją. Za każdą emocją stoi jakaś potrzeba, zaspokojona bądź nie. I to jest to, o czym też sobie rozmawiamy. Jest takich pięć bardzo ważnych elementów pozytywnej dyscypliny i to jest właśnie ten wzajemny szacunek, oparty na zasadzie 3S, jest zachęcanie do samodzielności, czyli nie rozwiązywanie problemów za dziecka, nie wyręczanie dziecka, nie przegapianie takiego elementów rozwojowych, tylko stwarzanie mu możliwości rozwoju i takie zaufanie mu w tym, że on jest w stanie już na swoim etapie rozwojowym i wiekowym wiele rzeczy też sam zrobić i w pewnych kwestiach nawet już zadecydować sam o sobie. Umiejętność radzenia sobie z emocjami, no bo bez tego żadna strategia, żaden problem nie zostanie rozwiązany w sposób satysfakcjonujący. Więc najpierw wyciszamy emocje, najpierw uczymy się regulować emocje, a potem możemy szukać rozwiązania problemów. Ta próba znalezienia rozwiązania problemów pod wpływem emocji najczęściej jest czymś, czego później żałujemy. Kolejna rzecz to jest współpraca zamiast rywalizacji, żeby uczyć dzieci, że jesteśmy istotami społecznymi. Rodzinnymi, społecznymi i że dzięki współpracy możemy osiągnąć dużo więcej i wsparcia, i pozytywnych rozwiązań, i nasze życie rodzinne, społeczne, zawodowe na pewnym będzie dużo bardziej bogatsze. No i koncentracja na rozwiązaniach, a nie na samym problemie czy na karach. Błędy są traktowane jako możliwość nauki, możliwość wyciągnięcia z nich wniosków. Nie skupiamy się na tym, kto jest winny, tylko co możemy dalej zrobić i angażujemy w ten proces dziecko. Uczymy go tego, żeby znajdowało to rozwiązanie. Jak możesz zadośćuczynić, jak możesz naprawić i co możesz zrobić dalej dla siebie, dla innych. Co by ci pomogło i jakie ty masz zasoby, co ty możesz zrobić, a w jakich kwestiach przydałoby ci się wsparcie i jak to wsparcie osiągnąć. I ten ostatni punkt, powiem szczerze, jest dla mnie bardzo ważny, bo obserwuję, że to jest to, czego dzieciom potrzeba, a my naturalnie, jako rodzice, mamy takie poczucie, że natychmiast musimy coś zrobić, natychmiast my musimy coś zrobić. I tym samym odbieramy dziecku tę umiejętność rozwijania tej sprawczości.
MN: Myślę sobie, że to... No tak, faktycznie, taka jakby... Zastanawia mnie, z jakiego powodu, myśli pani, my od razu wchodzimy z rozwiązaniem? Czy to jest jakby takie nasze poczucie sprawczości? Czy chcemy, nie wiem, chcemy zaoszczędzić czas? Czy... Bo myślę sobie o jakimś takim, swoich obserwacjach samego siebie, ale też przyjaciół, znajomych, że faktycznie dosyć często mamy tak, że „naturalnie”, w cudzysłowie biorę naturalnie, chcemy wejść, zainterweniować, rozwiązać i pójść dalej. A jak rozumiem, ten ostatni punkt mówi zupełnie o czymś innym. Znaczy, żeby się zatrzymać i troszeczkę wyjść z tego swojego kołowrotka i dostosować się do etapu i czasu dziecka. Wiem oczywiście, że to nie zawsze jest na to czas, ale rozumiem, że to jest jakby taki typ idealny, do którego powinniśmy dążyć w jakimś sensie.
MW: Pośpiech na pewno tutaj też odgrywa swoją rolę, no bo my jesteśmy, mam takie poczucie, że jesteśmy bardzo zaganianym społeczeństwem i dużo rzeczy robimy na czas i w pośpiechu, i tych obowiązków mamy dużo. I to też wpływa na to, że jak ja mam jedno dziecko czy dwójkę dzieci, to łatwiej mi coś zrobić za dziecko i lecieć dalej. Ale jak ja mam w przedszkolu dwudziestkę piątkę dzieci, no to już trochę to wygląda inaczej, tak. Wyjście na dwór, żeby wszystko zrobić za dwudziestkę piątkę dzieci, to byśmy od śniadania do obiadu nie wyszli pewnie. I to jest coś, co też rodzicom wtedy uświadamia tę sytuację, że no tak, rzeczywiście, warto. Natomiast ja myślę, że to jest jeszcze takie, nie wiem, czy to nam się zrodziło wraz z poczuciem zmiany pojęcia, co to jest sukces, co to jest satysfakcjonujące życie, ale mam takie poczucie, że bardzo dużo osób zmaga się właśnie z takim przeświadczeniem, że muszę sobie sam dawać radę. Muszę być świetny w tym, co robię, nie mogę pokazywać swoich błędów, swoich problemów, nie mogę się do nich przyznawać. Jako rodzic, no moje dziecko o mnie świadczy, ja muszę się tutaj jako rodzic sprężyć, pokazać, że jestem w tym świetny. Rodzice mają problem z przyznawaniem się do tego, że sobie z czymś nie radzą, a szkoda, bo naprawdę jest mnóstwo osób tutaj około, które bardzo chętnie by pomogły i wsparły, i nie trzeba się z tym samemu borykać. Nie musimy, to jest właśnie, na końcu pan powiedział, że to jest dążenie do takiego ideału. I to, co ja mówię, rzeczywiście tak pięknie brzmi, tak magicznie, ale życie tak nie wygląda. Ja o tym też zawsze mówię rodzicom, że wcale nie chodzi o to, żeby dążyć do ideału. Właśnie chodzi o to, żeby cała ta pozytywna dyscyplina opiera się na budowaniu relacji i poszukiwaniu tego, co jest dla nas dobre i dla dziecka. A to oznacza, że pozwalamy sobie i nasze życie, na co dzień w naturalny sposób dopuszczamy popełnianie błędów i rozwój na tej podstawie. Nie szukanie idealnego środka, idealnego życia, tylko pokazywanie, że to bycie nieidealnym i to życie nieidealne ma swój kolor, ma swój smak i nadal możemy się w tym kochać, wspierać, rozwijać, być razem i robić to, co dla nas jest najlepsze, no. Zawsze musimy się kierować myślą, że to, co zrobiłam w danej chwili zrobiłam, bo właśnie taki miałam zasób i uważałam to w danym momencie za najlepsze. Jeżeli później stwierdzę, że to nie było dobre, to mogę się zawsze zastanowić, czy dam radę to zmienić, albo co mam zrobić, żeby następnym razem takiej sytuacji nie było lub do niej nie dopuścić, albo inaczej do niej podejść. To nie jest idealne podejście. Mam wrażenie, że to jest właśnie takie podejście pozwalające na to, że możesz się potknąć i iść dalej. To, że się potknąłeś nie znaczy, że musisz zawrócić albo się poddać. Na tym się opiera przecież sport. Gdyby się młody sportowiec poddawał, jak mu nie idzie, jak popełnia błędy, to nikt by nie osiągnął sukcesu. Trener mojego syna mówił, że mistrzem jest się tylko jeden dzień. Zaraz po osiągnięciu sukcesu następnego dnia jest się znowu uczniem.
MN: Myślę sobie, dziękuję za zwrócenie na to uwagi, bo faktycznie, tak sobie myślę, słuchając pani, jeszcze do tego pytania o tym ideale i takim dążeniu do idealnego wzorca. Kolejne pytanie moje było, czy ta metoda jest owocna, czy ona jakby pracuje na co dzień, w codzienności. Ale tak słuchając pani, myślę sobie, że tak, bo ona zdejmuje taki odium stresu, czy nam wyjdzie, znaczy to, jak rozumiem, to zaakceptowanie i danie sobie prawa do potknięć, że nie jest właśnie idealnie, jakby że ta nieidealność jest również częścią tego procesu, tej metody. Czy ta intuicja jest dobra?
MW: Tak, zdecydowanie tak. Nie chodzi o to, żeby mieć idealne dziecko. Zresztą dążąc do posiadania idealnego dziecka można przegapić, że się już je ma. Dążąc do bycia idealnym rodzicem można przegapić to, że się jest naprawdę świetnym rodzicem, że się jest świetnym człowiekiem. Tu chodzi o to, żeby, oczywiście, my jesteśmy w roli rodzica, to ja jestem osobą dorosłą, to ja mam doświadczenie w wielu kwestiach, którego dziecko nie ma. To ja odpowiadam za jego zdrowie, bezpieczeństwo i bezsprzecznie też odpowiadam za zdrowie psychiczne swojego dziecka, nie tylko fizyczne. Więc stąd te granice i umiejętność moderowania. Są rzeczy, na które, to nie jest tak, że rodzic na wszystko pozwala. Są rzeczy, że takiej opcji nie ma i koniec. Natomiast podejście do małego dziecka już od początku, jak do człowieka, który jest na etapie rozwojowym przez wiele lat. My jesteśmy całe życie na jakimś etapie rozwojowym. I ma prawo się rozwijać zgodnie z własnym potencjałem. Ja jestem od tego, żeby swoje dziecko wspomóc, a nie od tego, żeby swoje dziecko próbować wkładać do jakichś foremek i ulepić po swojemu, bo to najczęściej wiąże się z tym, że w jakiś sposób próbuję nagiąć bądź nawet złamać charakter swojego dziecka. Temperament, z którym się rodzimy, on jest niezmienny. Temperament to jest coś, co nam się nie zmienia. My wypracowujemy strategię działania, uczymy się radzić sobie z pewnymi kwestiami, ale temperament nam się nie zmienia, więc próba włożenia dziecka w jakieś foremki najczęściej kończy się kolejnymi problemami, albo wycofaniem dziecka lub buntem. No i nijak się ma do budowania relacji. I coś, co jest istotne, no bo to jest, bardzo często rodzice pytają: no dobrze, no ale to jak to jest? Ja z jednej strony mam być relacyjny, mam być elastyczny, mam skupiać się na rozwiązaniach, pozwalać dziecku na błędy, pracować nad emocjami, być razem w tych emocjach, być z szacunkiem, a z drugiej strony mam stawiać granice. Ale mam stawiać granice tak, żeby nie używać kar, żeby nie używać tak zwanych konsekwencji logicznych, które bardzo często są zamaskowaną karą. No to jak mam to zrobić? No i tutaj mamy mnóstwo takich małych, drobnych, codziennych narzędzi, metod, sytuacji, w których pokazujemy rodzicom, że bycie uprzejmym i stanowczym jest możliwe. Że to, że ja jestem stanowcza to nie znaczy, że muszę być w tym momencie zezłoszczona, nieuprzejma, że muszę używać krzyku, kary. Że mój spokój to jest coś, co daje spokój dziecku. Jeżeli ja mam przed sobą roztrzęsionego trzylatka, to jeżeli ja też pozwolę sobie na poniesienie się tym emocjom, to dziecko nie ma z czego czerpać. Nie ma jak wrócić do tej równowagi. Ja się w tym momencie muszę tym spokojem podzielić z dzieckiem, ale to nie znaczy, że muszę na wszystko pozwolić. Jeżeli dziecko, i dzieci nas wypróbowują i będą przesuwać te granice, wypróbowują też swoje możliwości, to jest naturalny proces rozwojowy, żeby się czegoś nauczyć, to muszę sprawdzić, czy już dam radę. Tak samo w kontekście z drugim człowiekiem. Ale to jest metoda długofalowa. Jeżeli chcę, żeby moje dziecko przestało natychmiast, no to muszę poszukać czegoś innego. Ale jeżeli chcę, żeby moje dziecko zobaczyło, że to, że ja mówię spokojnie nie, to mówię nie raz, drugi, trzeci, jestem w tym konsekwentny. Nie znaczy nie. Granica znaczy granica. Umowa, zasada to jest coś, co nas wszystkich obowiązuje. To jest też nasza autentyczność i ten nasz wzór. Nie umawiaj się na coś, czego nie jesteś w stanie dotrzymać. Nie dawaj granic, których nie jesteś w stanie utrzymać. Świadome podejście do tego, co ja chcę. Uprzejmość i stanowczość jednocześnie. Siła moich przekonań i moich konsekwencji, a nie siła mojego wzburzenia czy emocji.
MN: Zasłuchałem się, szczerze powiedziawszy, bo dla mnie to jest niezwykle intrygujące i ciekawe połączenie. Że nie ma albo albo, tylko jest i i. Znaczy i ta uprzejmość, i stanowczość jest możliwa. I to jest naprawdę takie nieoczywiste, myślę sobie, w naszej codzienności. Że właśnie staramy się jakoś tak z różnych pewnie powodów od skrajności do skrajności, a tymczasem tutaj, mam takie wrażenie, że to jednak jest taka próba podążania w tej logice nie albo albo, ale i i. Pani Magdo, chciałem się jeszcze spytać o parę rzeczy, ale ta mi jakoś tutaj też w kontekście tego, co pani przed chwilą powiedziała. No bo z jednej strony w tych metodach wychowawczych mamy taką, tak sobie na potrzeby naszej rozmowy skonstruowałem taką skalę. Z jednej strony właśnie tę nadmierną kontrolę rodzica, helikopter albo właśnie no taka kontrola, że wszystko musi być od do, ramy i tak dalej. A z drugiej strony mamy takie właśnie, nazywałem to permisywizm, czyli przyzwolenie na wszystko. Czy my możemy powiedzieć, że metoda, o której rozmawiamy teraz, ta pozytywna dyscyplina to jest droga środka? Droga, która właśnie jest taką alternatywą podążania pomiędzy tymi dwoma skrajnościami?
MW: Tak, zdecydowanie tak. I na dodatek jeszcze to, co ja próbuję pokazać rodzicom, ale też nauczycielom i swoim, i tym, z którymi pracuję na warsztatach, to jest to, że poszukiwanie tej drogi środka ma bardzo duży wpływ pozytywny na mnie samego. Bo jeżeli pozwolę sobie na osiągnięcie tych długofalowych celów, jeżeli nie patrzę tylko na to, czy już w tej minucie, już tego dnia osiągnąłem super efekt, bo to nie jest magiczna sztuczka, machnę różdżką i mam, to mi to pomaga zdjąć z siebie bardzo duży ciężar i emocji, i stresu. Bo jeżeli ja pozwolę sobie na uspokojenie tej emocji, pozwolę sobie na ten czas na zadbanie o swoją emocje, to i problem, który się może pojawić w związku z moim rodzicielstwem czy funkcjonowaniem w rodzinie, czy z pracą z dziećmi, czy nawet zawodowy, jest czymś, do czego ja inaczej podchodzę. Podążanie tą drogą, szukanie tych rozwiązań sprawia, że we mnie jest mniej stresu, złości, takich gwałtownych emocji. Więcej jest umiejętności regulowania tego i zrozumienia. Bo na tym to wszystko polega, jeżeli ja rozumiem, co się dzieje z innym człowiekiem, rozumiem, co się dzieje ze mną, i mówię sobie, to jest okej, mam prawo tak czuć, a teraz, co mogę zrobić, żeby nie dać się ponieść tym emocjom. I praktykowanie tych rozwiązań, no to trochę to inaczej wygląda. Nagle się okazuje, że ja przychodzę do pracy w grupie dwudziestu dzieci, dwudziestu paru dzieci i mam dokładnie te same problemy, co miałam tydzień temu. A jednak wychodzę z pracy z lżejszą głową, z lżejszym sercem, a po miesiącu i funkcjonowanie z tymi dziećmi staje się coraz przyjemniejsze, coraz mniej te problemy są obciążające. Dzieci są też trochę inaczej nastawione, to trzeba obserwować długofalowo, no bo to wszystko trwa. Mało tego, my dążymy do tego, co znamy. Czasami tkwimy w sytuacjach, które są dla nas niekomfortowe, ale są dla nas bardzo znane, a więc bezpieczne. Więc jak zaczynamy zmieniać pewne rzeczy, to w pierwszej chwili możemy mieć albo bunt ze strony dziecka, ono będzie chciało wrócić do tego, co wie, co się dzieje, albo będzie nas dziecko testowało. Aha, o co tu chodzi? To sprawdźmy. Dlatego też warto z dziećmi rozmawiać. Ja uważam, że to wszystko, o czym mówię z rodzicami na warsztatach czy w pracy jest czymś, o czym warto z dziećmi rozmawiać. Dlaczego nie miałabym powiedzieć dziecku wprost? Wiesz co, ostatnio myślałam nad tym, że jak nie chcesz sprzątać pokoju, ja na ciebie krzyczę, to jest niefajne nie tylko dla ciebie, dla mnie też. Co byś pomyślał o tym, żebyśmy poszukali innego sposobu załatwiania tego problemu? Dlaczego nie mielibyśmy z dzieckiem o tym rozmawiać? Dajmy też dziecku ten moment do refleksji, że w tej sytuacji jesteśmy razem, tak. To też jest jakaś relacja i to też buduje naszą relację i naszą więź. Więc dlaczego nie mielibyśmy pozwolić dziecku uczestniczyć w procesie poszukania rozwiązań? Bardzo często dzieci mają rozwiązania, które nam się wydają abstrakcyjne, a one działają. Jak pozwolimy dziecku wypróbować, to to abstrakcyjne rozwiązanie działa, bo to jest jego rozwiązanie i on chętniej zrobi coś, co jemu pasuje. Więc relacja, emocje, równowaga, długofalowy cel, dla mnie to jest niesamowita wartość dodana, że nawet jeżeli nie zauważę natychmiastowych efektów czy szybkich efektów, zwłaszcza tam, gdzie jest duży problem, czy rozwojowy, czy wychowawczy, to ta zmiana we mnie jest już czymś, co niesamowicie mnie odciąża i sprawia, że zaczynam dostrzegać swoje zasoby.
MN: Nie ukrywam, że brzmi to niezwykle interesująco i bardzo się cieszę z tej naszej rozmowy i ze spotkania z panią. Zastanawiam się tylko jeszcze, bo tak jak pani wspomniała i ma pani niezwykle bogate doświadczenie w pracy i z rodzicami, i z dziećmi, i też z opiekunami. Zastanawiam się z perspektywy osoby dorosłej i też w oparciu o pani doświadczenie wieloletnie, co jest takim największym problemem dla rodziców, dla opiekunów, którzy już zobaczą głęboki sens tej pozytywnej dyscypliny, chcą ją wdrożyć w swoją codzienność, no ale jakby życie jest życiem i te początki, wyobrażam sobie, mogą być jakoś trudne zazwyczaj, tak to bywa. Więc zastanawiam się, co z takiej perspektywy dorosłego jest największym wyzwaniem w tym, żeby tę metodę zaaplikować do swojej codzienności, żeby nią żyć.
MW: Ojejku, jeszcze parę lat temu myślałam, że dużą trudnością jest po pierwsze to, z jakich środowisk i jakich rodzin się wywodzimy. Nasi rodzice też chcieli inaczej niż ich rodzice, ale też nie wiedzieli jak, więc też drogą prób i błędów na żywym organizmie. Ale od kilku lat obserwuję sporo innych zjawisk, które się na to składają i to, o czym pan już mówił, że świadomość tutaj też jest. Rodzice czasem nie mają świadomości, więc to może być dużą przeszkodą, ale jak już tę świadomość zaczynają nabierać, to oprócz tych nawyków, oprócz tych swoich no w ogóle poglądów, z których czasami sobie nigdy nie zdajemy sprawy, dopiero do nich zaczynamy docierać, dużym problemem jest po pierwsze też czas. My jesteśmy, właśnie to, o czym też mówiliśmy, tacy zagonieni ciągle i sami to sobie robimy tak naprawdę. Problem z otoczeniem, który polega na tym, że jak ja coś robię, mogę się spotkać z niezadowoleniem czy najbliższych, czy otoczenia. Ktoś może nie rozumieć mojego sposobu postępowania i ta presja, którą wtedy czuję. Czy ja będąc w sklepie z dzieckiem, które się rzuca na ziemię, mam robić swoje, czy powinnam jak najszybciej zareagować, żeby ludzie nie patrzyli, nie kręcili głowami, nie zwracali uwagi, tak. Presja, którą czujemy jako młodzi szczególnie rodzice, jest czymś, co bardzo często sprawia, że podejmujemy decyzje pod wpływem tej presji, podejmujemy decyzje, żeby zaspokoić potrzeby otoczenia, nie zastanawiając się nad własnymi i dziecka. To jest coś, co na przykład ja, jak patrzę wstecz na swoje rodzicielstwo, to uważam, że to jest coś, co mnie najbardziej odciążało, ta presja. A jeszcze byłam po studiach z psychologii, więc wszyscy patrzyli, no to teraz pokaż, jak wykorzystujesz swoją wiedzę, którą nabyłaś w książkach i na wykładach. Myślę, że ta presja była czymś, co mnie na co dzień niesamowicie obciążała i sprawiała, że ja rzeczywiście żyłam z takim poczuciem, że moje dziecko musi być dzieckiem, które w jakiś sposób pokazuje, że można. Niesamowicie wyczerpujące energetycznie i takie trochę właśnie pozostawiające człowieka samego w tym wszystkim. Bo jak poddajemy się tej presji, temu otoczeniu, no to zaczynamy się czuć samotni. Wydaje nam się, że wszyscy inni sobie radzą lepiej albo pocieszamy się tym, że ktoś ma gorzej. Na warsztatach, dlatego ja lubię warsztaty stacjonarne, ludzie coraz częściej wolą formę online, ja lubię stacjonarnie spotykać się z rodzicami, bo oni się spotykają ze sobą. Rozmawiają i się okazuje, że wszyscy mamy podobne problemy, podobne wątpliwości i możemy być dla siebie wsparciem. I nikt nikogo nie wytyka palcem, nie krytykuje, wręcz przeciwnie, jesteśmy dla siebie inspiracją i źródłem siły i zasobu. A oprócz tego kolejny problem, z jakim się spotykamy i to jest problem już na coraz szerszą skalę, ja nie wiem, czy jesteśmy w stanie ten problem rozwiązać, na pewno nie po całości, ale chociaż w części, to jest ten świat medialny, w którym już jako dzieci funkcjonujemy od zawsze, bo on jest nieprawdziwy, a bardzo wciągający, uczący bardzo szybkiej gratyfikacji, pozwalający oderwać się od tego, co trudne. Tam jest wszystko proste. Pokazuje piękny, prosty świat, daje nam szybką nagrodę, szybki zastrzyk dopaminy, więc nie chcemy się zmagać z problemami i tym samym są już obciążeni młodzi rodzice, oni już funkcjonują w tym świecie. To są też ludzie, którzy już dostawali więcej od swoich rodziców niż ich rodzice. I żyjemy w świecie, w którym coraz częściej wydaje nam się, że pewne rzeczy są oczywiste i że my je powinniśmy mieć, powinniśmy je dostawać, a nie na nie zapracować, zdobyć, zastanowić się, czy te rzeczy w ogóle nam są potrzebne. Jesteśmy przebodźcowani, my jako dorośli jesteśmy przebodźcowani i ten przebodźcowany dorosły przychodzi do dziecka, które też nie dość, że jest przebodźcowane tym, co dochodzi ze świata, to rodzice przebodźcowują dzieci. My patrzymy teraz na małe dziecko jak na przyszłego kandydata do spółki prawniczej. Więc chcemy, żeby trzylatek chodził na piłkę, na aikido, na angielski. Rodzice się pytają zapisując dziecko do przedszkola, czy będzie też drugi język obcy, gdzie jest coraz więcej problemów logopedycznych. Dzieci mają problem z nauczeniem się języka własnego. Rozwój mowy nie przebiega na właściwym poziomie, bo coraz częściej dziecko ma do czynienia z mową bierną, a nie czynną, właśnie za pomocą tabletów, telewizji, bajek i tak dalej. A my bardzo ambitnie podchodzimy do tematu. Jak ja byłam dzieckiem, nie miałam takich możliwości jak nasze dzieci, ale niesamowicie sobie cenię to, że mogłam pół dnia siedzieć w piaskownicy i jeść liście. Nikt mi nie kazał zdobywać szczytów tego świata w sposób postrzegany przez dorosłych. Pozwolono mi być dzieckiem, ja doświadczałam świat jak dziecko. A teraz my chcemy, żeby nasze dziecko, z jednej strony miało dużo zabawy, dużo ciekawych rzeczy, nie pozwalamy mu się nudzić. Jak słyszymy: mamo nudzę się, to wszyscy stajemy na baczność natychmiast. A z drugiej strony patrzymy przez pryzmat dorosłego. Na rozwój dziecka patrzymy poprzez ten pryzmat, że moje dziecko musi już to, musi już tamto, musi już tamto, no bo ten start muszę mu zapewnić. To jest coś, co tak obciąża i dzieci, i rodziców. I ciężko jest nam zwolnić. I tu właśnie wchodzi presja, bo ja nie chcę być z tyłu za innymi, nie chcę, żeby moje dziecko było z tyłu za innymi. Mamy tyle czynników teraz dookoła. Zastanawiam się, jak to też ugryźć, jak wesprzeć tych rodziców, żeby pomóc im się odczarować, bo dla nich to jest naturalny świat. Ja z perspektywy swoich czterdziestu paru lat patrzę na to trochę inaczej. Rodzic, który ma niecałe trzydzieści, on się na mnie patrzy jak na archaizm, bo przez te kilkanaście lat dużo się zmieniło. To, co ja mówię, że jest szkodliwe, dla niego jest tak naturalne, a jednak szkodzi jemu i dziecku. I myślę, że to jest ta największa trudność. Za dużo wszystkiego i łatwo się z tym pogubić.
MN: Już na koniec, pani Magdo, zastanawiam się, no bo też słyszę w głosie u pani niezwykłe też i zaangażowanie, i pasję w tej metodzie. I mam dwa pytania. Pierwsze jest takie, mam jakąś taką intuicję, przekonanie, że ta metoda pozytywnej dyscypliny jest szczególnie jakąś niezwykłą szansą dla nas w tym właśnie czasie pogoni, takiego napięcia, kołowrotka, w którym funkcjonujemy, takich nieustannych bodźców, taką drogą jakby wyjścia i zakorzenienia się w tu i teraz, w obecności wobec dziecka, samego siebie. I to jest to jedno pytanie, czy ta intuicja jest trafna? A drugie, jeszcze trochę bym pociągnął ten wątek, o którym pani mówiła przed chwilą. Zastanawia mnie, kto uczestniczy w warsztatach, które państwo organizujecie, w których pani też opowiada o tej metodzie. Czy to są rodzice starsi, młodsi, czy tu nie ma takiej kategorii wiekowej? Czy po prostu macie, właśnie kto trafia na prowadzone przez panią warsztaty?
MW: Może najpierw to pierwsze pytanie. Tak, pozytywna dyscyplina pomaga nam spojrzeć na życie od tej takiej strony zwolnienia i skupienia się na czymś innym niż tylko pośpiech. Świetnie się łączy z innymi metodami, technikami: porozumienie bez przemocy, uważność, wszystkie takie dążenia do życia w harmonii, tak, do równowagi. Naprawdę niesamowicie się te metody wszystkie ze sobą łączą, zahaczają i wspomagają, bo to jest kwestia znalezienia swojej drogi, nie trzeba jeden do jednego, prawda, to jest tylko wzorzec. Natomiast odpowiadając na to drugie pytanie, ja jestem głównie w kontakcie i pracuję z rodzicami z okresu wczesnodziecięcego, więc w większości mam do czynienia z rodzicami między dwadzieścia parę, trzydzieści parę lat, no bo to jest ten moment, kiedy mamy pierwsze, drugie dziecko, te dzieci są w przedszkolu czy gdzieś na początku szkoły, ale to nie jest tylko i wyłącznie taka wytyczna. Jak mam z rodzicami warsztaty, przychodzą też rodzice w różnym wieku, bo mają na przykład trzecie dziecko, a są już starsi i też trochę inaczej podchodzą do tematu, ale też poszukują innych rozwiązań, widzą też, że oni jako rodzice inaczej funkcjonują. Więc to wiekowo różnie, chociaż rzeczywiście zdecydowanie między dwadzieścia parę, trzydzieści parę to jest taki przedział wiekowy. Przewaga jest mam na takich spotkaniach, ale wbrew pozorom jest ta przewaga wcale nie taka duża. Przychodzą też i tatusiowie, przychodzą ojcowie, przychodzą pary, przychodzą rodzice razem i to jest w ogóle świetne, bo to znaczy, że szukają tego wspólnego punktu swojego rodzicielstwa, wspólnej drogi i chcą być w tym razem, a nie na zasadzie ja bym chciał tak, a ja tak. Jeżeli chodzi o kolejną grupę docelową, to są nauczyciele, no i tu już jest bardzo duży zakres wieku nauczycieli, z którymi mam do czynienia i muszę powiedzieć, że z każdą grupą, czy z rodzicami, czy z nauczycielami pracuje się inaczej, ale za każdym razem są to osoby, które chcą coś dla siebie wziąć. I chcą spojrzeć na pewne rzeczy inaczej, poszukują czegoś innego i czują już ten dyskomfort, że to, co robię, albo to, co mi się wydaje, że powinno działać, po pierwsze nie działa, po drugie ja się z tym nie czuję dobrze i szukają dla siebie drogi. Więc mówię, i będę to zawsze powtarzała, spotkania na żywo, stacjonarne warsztaty, stacjonarne spotkania to jest coś, co jest tą największą wartością. Online możemy sobie posłuchać i dużo też wiedzy możemy zdobyć, ale to nie jest ta jakość czerpania z tego, co możemy rzeczywiście uzyskać na warsztatach stacjonarnych. Przede wszystkim online to nie są warsztaty. Stacjonarnie rzeczywiście pracujemy warsztatowo. Tam jest mniej teorii, a dużo działań. Przerabiamy na żywo na sobie te wszystkie drobne narzędzia, których później możemy użyć w codziennym życiu.
MN: Bardzo dziękuję, pani Magdo za pani czas, za podzielenie się swoją wiedzą, swoim doświadczeniem, a tych z państwa, których zainteresowała nasza rozmowa zapraszam do śledzenia działalności pani Magdy, do warsztatów, do tego, żeby, jeżeli szukacie państwo drogi i pomysłu na to, jak owocnie towarzyszyć swoim dzieciom, swoim podopiecznym, zapraszam serdecznie państwa do tego, żeby na tę drogę ruszyć. A pani Magdo, jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję pani za pani czas i za podzielenie się swoją historią, swoją wiedzą i doświadczeniem. Bardzo dziękuję.
MW: Bardzo dziękuję i mam nadzieję, że jeszcze nasze drogi się zajdą. Dziękuję za możliwość podzielenia się tym, co mi w duszy gra.
MN: Dziękuję państwu za to, że byliście z nami. Zapraszam serdecznie do słuchania kolejnych odcinków „Słuchając drogi”, podcastów Centrum Myśli Jana Pawła II. Do usłyszenia.